Wspomnienia ze szpitala – patologia ciąży, cyrk na kółkach i pierwsze chwile razem

Bardzo długo zwlekałam z napisaniem tego postu. Nie, to złe słowo. Nie zwlekałam, nie miałam czasu, tak po prostu. Od dwóch miesięcy jest nas więcej, i to nie do końca tak, ze teraz tylko pieluchy i mleko. Po prostu inaczej ten czas muszę pożytkować i inaczej niekiedy wolę. Damian pilnuje, żeby mama do komputera siadała rzadko.

Wspomnienia ze szpitala zaczynają się podobnie do tych, które mam z Laurą. Przed terminem porodu trafiłam na patologię ciąży. Tylko powód nieco inny – tym razem to cukrzyca ciążowa i konieczność rozwiązania ciąży w 39 tc.

Początek…

Do szpitala stawiłam się w poniedziałek po godzinie 7. Byłam na izbie położniczej drugą pacjentką. Zgadnijcie,  o której trafiłam na oddział…. o 12:30! Już wtedy miałam dość! Brzuch wielki, a tam tylko twarde krzesła. Ale nic, jak mus to mus. W sali rozpakowałam się, Pan T. zapatrzył mnie z kawę i kanapkę i czekałam na wieczorny obchód, bo liczyłam na jakieś informacje na mój temat. Nie doczekałam obchodu, bo o 15 przyszły pielęgniarki i oznajmiły, że się przenosimy…. nie do innej sali. Okazało się, że cały oddział się przeprowadza! I nie tylko ja byłam zaskoczona, panie również! Myślę sobie ok, pewnie wyremontowany, z super salami z łazienką (haha, taki żart). Okazało się, że z dwuosobowej sali o powierzchni jakiś 20 metrów kwadratowych, z oddziału gdzie było chyba 6 toalet, trafiłyśmy na oddział z jedną toaletą na cały korytarz, a do sali która była dwuosobowa przeznaczona dla położnic, upchali trzy łóżka 😀 Brzmi jakbym bardzo narzekała prawda? Może…. ale nikt nie lubi z warunków takich sobie, trafiać do czegoś co jest poniżej „takiego sobie”. Okazało się, że od kilku dni był nowy ordynator, który zaczął wprowadzać zmiany i zlikwidował jeden z trzech oddziałów położniczych, a ja miałam to szczęście, że trafiłam na początek tych zmian. No nic, myślałam ok, byle opieka była dobra, byle decyzje jakieś podjęli jak najszybciej, bo już chciałam do domu, do Laury. A to, że w trójkę na malutkiej sali jesteśmy, tak malutkiej, że łóżka stały prostopadle do ściany i nie było gdzie KTG wstawić, nie mówiąc o braku możliwości ewakuacji w razie potrzeby (położne bardzo sie tego bały!)…. jakoś mogłam znieść. Ale na obchodzie okazało się, że żaden z lekarzy nie jest decyzyjny, muszę czekać na kogoś, kto jest prawą lub chociaż lewą ręką ordynatora, żeby zdecydowali co ze mną.

Czekanie…

No nic, myślę sobie, jak we wtorek rano podejmą decyzję, urodzę w środę, to na weekend wyjdę do domu! Jasne…. We wtorek uznali, że pewnie będzie CC, bo drugie, bo ułożenie pośladkowe…. ale nadal nie było nikogo decyzyjnego, żeby powiedzieć kiedy i czy na pewno. Zresztą okazało się, że oddziały położnicze przepełnione, a ja mogę czekać więc poczekam. A przepełnione, bo jeden zlikwidowali przecież. No nic…. czekam dalej. Blokuję miejsce na patologii ciąży komuś, kto może bardziej potrzebuje, ale cóż. Mogli podać datę i godzinę, ale woleli mnie trzymać. Żeby chociaż badania robili od czasu do czasu, ale po co. W środę był ktoś, kto był prawą lub lewą ręką ordynatora, uznał, że będzie CC (co za odkrycie!) Na moje pytanie kiedy, odpowiedział, że nie wie. Bo nie ma miejsc (sic!). W międzyczasie kilka dziewczyn miało wywoływane porody naturalne. Byle nie za szybko, bo porodówka też przepełniona. W środę wieczorem przyszła Pani i powiedziała, że zaplanowali mnie wstępnie na piątek! hurrrrrraaaaa! Jednak zapytani o to lekarze w czwartek już tacy pewni nie byli, bo nie wiadomo czy będzie miejsce. Na szczęście był Pan decyzyjny i wieczorem powiedział, ze mają mnie w planie. Ale o której nie wiedzą. No ok, ważne że jestem w planie. Mam jeść kolację? tak, kolację mogę jeść. Ok.

Zwątpienie i tęsknota…

Piątek, wstaję i dostaję śniadanie… hmmm, chyba nie mogę mam CC? Pani nie wie. Ok. Pytam położną czy jestem w planie bo miałam mieć CC a dostałam śniadanie. Pani położna też nie wie, nie widziała mnie w planie. Nie pamiętam, ale chyba w tym momencie miałam już łzy w oczach. Wiecie, piąty dzień w szpitalu, gdzie poza badaniem przy przyjęciu nie robili mi nic poza KTG, a jeszcze wiadomo pobyt po porodzie mnie czekał. Naprawdę tęskniłam już za Laurą.

Stwierdziłam, że na wszelki wypadek nie zjem tego śniadania. O 10:15 przyszła Pani doktor i zaprosiła do gabinetu, bo to CC będzie, nie wie o której, ale muszę zgodę podpisać.  Ok, jasne, że podpiszę. Podpisałam, do gabinetu wszedł Pan Prawa lub Lewa ręka ordynatora i zakomunikował, że będzie CC (serio?) Wszedł drugi Pan i powiedział, że on może zrobić. Fajnie, o której? hmmm o 10:45!!!

Zaskoczenie…

Tak, dacie wiarę! miałam wtedy jakieś 25 minut za spakowanie się, przygotowanie się i powiadomienie Pana T. Byłam zła jak osa, bo pojechał do pracy skoro nie było wiadomo o której godzinie, myślałam, że skoro CC jest planowane to wiadomo chociaż te dwie godziny szybciej, a nie 25 minut przed. Byłam naprawdę zła. Nie wyrobiłam się, na salę porodową położne dostarczyły mnie o 10:50 i dostały ochrzan za spóźnienie. A ja się z niego cieszę, bo o 11:00 już Damianek był ze mną, a w momencie gdy zapłakał, dotarł Pan T. Gdybym na salę wjechała o czasie, on by nie zdążył.

Najważniejsze, że już po. Wszystko było ok, Damian dostał 10 punktów. Był małą kopią Laury. Ja byłam przeszczęśliwa, bo mały okazał się typowym mężczyznom, i od razu poradził sobie z piersią 😉 Pięknie zassał. Pan T. był z nami jeszcze ponad godzinkę, a potem zostaliśmy na dwuosobowej sali.

Emocje po…

Położne przecudowne! Pomagały jak mogły. Jeszcze na sali pooperacyjnej dowiedziałyśmy się, że zmiany idą dalej, i że teraz po CC wychodzi się do domu po dwóch dniach!!! No bo miejsce trzeba zrobić. Myślę sobie super! W niedzielę do domu! Wszystko fajnie, tylko przez ten krótszy pobyt szybciej pionizują (po Laurze wstałam po 9 godzinach z łóżka, tutaj po 5!), szybciej chcą odstawić leki przeciwbólowe. Wszystko było szybciej, skoro szybciej idziemy do domu. Sobota to samo, usłyszałam że w niedzieli idziemy. W niedziele rano obchód i co? Koleżanka z sali idzie do domu a my jednak nie, bo niedziela a Damian musi mieć dodatkowe badania (ze względu na moją cukrzyce ciążową). Wiecie buzowały hormony, ja już się cieszyłam wyjściem a tu taka informacja. Nie było fajnie. Ale nic, trzeba to trzeba. Młody był już wtedy kochany, pięknie jadł, noc spędził ze mną w łóżku więc się nawet wyspałam. Miałam szczęście, że dziewczyny które miałam na sali były normalne i wietrzyłyśmy salę 😉 Inaczej byśmy się ugotowały, było tak gorąco i duszno mimo naszego skręconego grzejnika. Poniedziałek rano, obchód…. a Pan dr pyta co my tu robimy, czemu nie w domu… i mówi, że żadne badania nie są zlecone!!!! Myślałam, że rozniosę szpital. Na szczęście po rozmowie badania zrobili. W sumie fajnie, mam pewność że jest ok. Ale co się nadenerwowałam na sytuację, na brak przepływu informacji to moje.

Także pobyt w szpitalu do przyjemnych nie należał. Trafiłam w momencie, gdzie raczej to wszystko przypominało cyrk na kółkach. Ale położne nadrabiały naprawdę.  A Damianek wynagradzał to wszystko. I jeszcze Laura i jej radość ze spotkania z bratem. To warte było wszystkiego. I o ile ja naprawdę mogłam czekać, to współczułam dziewczynom, które na patologii prawie urodziły.

Dobrze, że już po…!

Wiem, jak to wygląda. Jakbym miała nie wiadomo jakie wymagania i tylko marudziła. Ale wierzcie mi, że ten okres w szpitalu był straszny i to nie tylko moje zdanie. Wiem, że od tamtego czasu zwolniło się trochę lekarzy, nie wiem jak z położnymi (ale one też były niezadowolone). To było istne szaleństwo. Na przeprowadzkę całego oddziału były dwa dni. Ze sprzętem i wszystkim, gdzie położne przychodziły na dyżur i dopiero w ogóle dowiadywały się, że przeprowadzka ma miejsce. Gdy byłam na oddziale położniczym, w sumie było ponad 50 położnic! A w dzień, gdy mnie wypisywano, zaplanowano 22 wypisy. Dopiero zwalniały sie miejsca, dzięki skróconemu czasowi przebywania na oddziale.

Myślę, że to zbyt duże szaleństwo dla kobiet na końcówce ciąży. Pamiętam, jak każda na naszej sali przeżywała. A ten brak przepływu informacji między lekarzami jest straszny. Nie wiadomo co nas czeka niemal do momentu, w którym to ma się wydarzyć. Dobrze, że narodziny wyczekiwanego dziecka  zacierają takie wspomnienia.

A jak Wasze pobyty w szpitalu? Jakie macie wspomnienia? Ja się cieszę, że za pierwszym razem był spokój i mogłam przeżywać tylko czekający mnie poród 😉

PS. Wybrane przeze mnie koszule idealnie sprawdziły się w szpitalu do karmienia młodego ssaka! Polecam!

Zdjęcia Joanna Misiak-Piotrowska

Sukienka i koszula Bonprix

  • |