MA-MUSIU! Musia!

Każdy rodzic czeka. Najpierw na narodziny, później na pierwszy uśmiech, pierwsze samodzielne siedzenie, pierwsze kroczki i pierwsze słowo. Każde dziecko jest inne. U jednym pierwsze jest słowo „mama” u innych „baba” a u jeszcze innych, w tym u Laura, pierwszym słowem jest „tata”.

Nie będę ukrywać, że było mi nieco przykro, gdy po raz pierwszy Laura świadomie zwróciła się do tatusia a nie do mnie. Na świadome „mama” musiałam nieco poczekać, jednak był t jeden z piękniejszych momentów, które było dane mi przeżyć.

Oczywiście teraz bywają chwile, że mam tego „mama” dosyć, i tęsknie do czasów, gdy o wszystko Laura wołała tatusia. Czy to obudzona w środku nocy (co mi bardzo pasowało 🙂 ), czy w dzień, gdy coś poszło nie po jej  myśli z zabawką. Zawsze był tata. Teraz niemal zawsze jest mama. Oczywiście nieco żartuje, nigdy nie jestem aż tak bardzo niezadowolona z tego, że mnie woła, ale bywają chwile, w których naprawdę wolałabym, żeby wołała jednak tatusia.

Nie miałam ambicji, żeby uczyć dziecko mówienia „mamusia” czy „mamunia”. Raczej czekałam jak się sytuacja rozwinie. W rozmowach z Panem T. zwracaliśmy się do Laury często mówiąc „idź do tatusia, podaj to mamusi”, ale to były jedyne okazje, w których Laura słyszała te słowa. Nigdy jednak nie nakłanialiśmy jej do tego, by tak nas nazywała.

Dlatego tym większe było moje zaskoczenie, gdy w niedzielę palmową, tą, w którą wszyscy zalegliśmy w łóżku podczas choroby, Laura powiedziała TO magiczne słowo. Cała sytuacja była magiczna. W nagłym przypływie sił w swoim małym ciałku przyszła do łóżka w którym leżałam ja, pogłaskała mnie po policzku z wielkim uczuciem i troską, i powolutku i bardzo wyraźnie wyartykułowała swoimi małymi usteczkami słowo „MAMUSIA„. Ja otworzyłam oczy ze zdumienia, Laura powtórzyła to słowo jeszcze raz, bardzo powoli, tak żeby zdziwiona mama zrozumiała, że to się dzieje naprawdę. Nawet tata wychylił się z kuchni i też się uśmiechał. To był pięknie doświadczenie i piękna chwila, przepełniona miłością. W tym geście mojego niespełna dwuletniego dziecka i w tym jednym słowie było wszystko. Na zawsze będę to pamiętała. To była jedna z TYCH chwil i jedno z TYCH słów.

Od tamtej pory nazywana jestem MUSIĄ, bo MAmusia jest chyba za długie i nieco trudno się Laurze wypowiada. A może dorosła już do nadawania ksywek? Nie wiem, ale MUSIA bardzo mi się podoba. Rzadko mówi do mnie „mama”.

A Wasze dzieci jak się do Was zwracają? Macie jakieś ciekawe przydomki?

  • |